Fala

Miłość, która podnosi i daje nadzieję

Konferencja o Miłosierdziu Bożym na podstawie fali tematycznej pt.”Kołacząca Miłość”

Zbliża się Święto Miłosierdzia Bożego, które przeżywamy w Drugą Niedzielę Wielkanocną. W przeddzień tego święta jako Ruch Rodzin Nazaretańskich obecny w wielu krajach w świecie pielgrzymujemy do Częstochowy do Pani Jasnogórskiej.

Miłosierdzie Boże przynagla nas do tego, aby nasze oczy, usta, uszy, ręce, nogi a zwłaszcza serce było miłosierne. To przynaglenie jest tym bardziej nagłe, że wielu naszych braci, zwłaszcza z Ukrainy potrzebuje pomocy.

Miłość jest prawem i nakazem serca, to w jego nurcie powinniśmy konstruować nasze życie. Kto nie miłuje, ten rozmija się z własnym powołaniem i traci bezcenny dar czasu ofiarowany przez Opatrzność. Kardynał Wyszyński 15 sierpnia 1979 roku w czasie homilii na Jasnej Górze powiedział: Całe nasze życie tyle jest warte, ile jest w nim miłości.
Miłość zazwyczaj domaga się ofiary, która wręcz wpisana jest w jej swoisty „kod genetyczny”. Tylko modlitwa i ofiara zdolne są obudzić ludzkie serca  skamieniałe w grzechu i obojętności. Pan Jezus powie: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął /Łk 12,49/. On jest niedoścignionym wzorem i nauczycielem miłości. Kto się do Niego zbliża i wpatruje z wiarą w Jego oblicze, upodabnia się do Niego. On daje siłę przekonującą człowieka do wejścia na drogę zwrócenia się ku miłości. Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według serca Twego! 

Na drodze wiary mamy upodabniać się do Jezusa i to podobieństwo nosić w sobie jako najcenniejszy dar. Powinno temu towarzyszyć autentyczne pragnienie upodobnienia się do swojego Mistrza. Pragnienie, które nie wynika tylko z naszych ludzkich predyspozycji,
ale z faktu nieskończonej Bożej dobroci, która potrafi udzielić się najbardziej nędznej duszy i ją przemienić. To pragnienie jest kluczowe, ponieważ w nim zawiera się świadomość własnej niemożności i wiara we wszechmoc Bożą. Nie jest dobrze, gdy w nas obumierają pragnienia zrodzone z poruszeń Ducha Świętego a inicjatywę przejmuje świat z jego pożądliwością. Walka o pragnienia jest pierwszą linią walki duchowej, ponieważ one stanowią początek naszego nawrócenia i wprowadzają na drogą zawierzenia. Szatan sprytnie manipuluje naszymi pragnieniami. Chce nas odsunąć i odciąć od źródła miłości. Egoizm bowiem to bardzo wyrachowany i przebiegły „biznesmen”, zawsze troszczy się o siebie i kombinuje, aby to dla siebie coś utargować. Jak bardzo potrzebujemy łaski, aby wyrwać się z jego szponów i żyć Bożą Miłością. Ona jest najważniejszym z darów i im bardziej się udziela, tym więcej wzrasta. Miłość chce i powinna być dawana. Pan Jezus dokładnie wie, że człowiek sam z siebie niewiele potrafi zdziałać, lecz w łączności z Nim dokonuje rzeczy wielkich. Trzeba dać się przekonać miłości i dać się ponieść jej łasce. Zaufać temu, który na krzyżu stał się bezradny i całkowicie posłuszny oraz oddany Ojcu. Nie warto szukać pysznej wielkości, która jest tylko przelotnym złudzeniem. Naśladowanie Chrystusa nie dokona się bez autentycznego przylgnięcia do Jego miłosiernej miłości. Wszystko jest ostatecznie Jego darem. Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał – napisze św. Paweł w I Liście do Koryntian /4,7/.

Skąd i jak mamy czerpać miłość, skoro sami z siebie jej nie posiadamy. Każda dobrze przeżyta Eucharystia, która jest nazywana Sakramentem Miłości, wprowadza w komunię z Chrystusem. On przyjmuje nas i my Jego. Udziela nam swojego życia. Ta miłość pragnie się dawać i karmić każdego, kto z ufnością i w skrusze ją przyjmuje. Pan Jezus jest pośród nas nie tylko jako ten, który naucza, ale przede wszystkim jako ten, który miłuje. Dla nas bowiem umiera i zmartwychwstaje w czasie każdej eucharystii i karmi swoim Ciałem i Krwią. To my trzymamy w dłoniach Jego zmartwychwstałe i umęczone Ciało. Wraz z Maryją je adorujemy a ono jednoczy się z nami i pokrzepia opadłe dłonie a zniechęcone i wyschnięte serce napełnia słodyczą i gorliwością. Eucharystia jest źródłem Miłości. W niej dokonuje się przedziwna wymiana. My oddajemy naszą słabość, a Chrystus udziela nam swojej Miłości. Jałmużnik Papieski kardynał Konrad Krajewski podczas pobytu na Ukrainie, we Lwowie, zapytany przez dziennikarza, dlaczego tu jest, odpowiedział, że obecność jest pierwszym imieniem Miłości. Ta miłująca obecność ujawnia się w Eucharystii. Tu powinniśmy wołać: Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według serca Twego! Czy naprawdę pragniesz upodobnić siebie i swoje życie do Jezusa, świadomy swoich słabości i grzechu? Jakie pragnienia rządzą twoim życiem i determinują twoją codzienność?

Apokalipsa św. Jana ukazuje nam Boga kołaczącego. Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną /Ap 3,20/. Ile potrzeba Bożej pokory, aby stać się „kołaczącą miłością”, którą można wzgardzić lub ją przyjąć. Ile potrzeba cierpliwości dla tego pokolenia o twardym karku, które tak szybko odwraca się od swojego Stwórcy. Nie dość było, że Bóg stworzył człowieka, to jeszcze musi, jak żebrak pukać do jego wnętrza, aby ten otworzył serce i zaufał. Jak łatwo człowiek ulega złudzeniu i wpada w pułapkę samowystarczalności. Problem polega na tym, że wszystko chcemy zawdzięczać sobie, wykluczając Boga. 

Jezus Chrystus – „kołacząca Miłość” najpełniej objawiła się na krzyżu, gdy Syn Boży ofiarował swoje życie. Stanął tam między nami a Bogiem jako jedyny Pośrednik. Najpierw kołatał do bram Królestwa Bożego a następnie do ludzkich serc. Przebłagał Ojca swoim zadośćuczynieniem, wziąwszy na siebie cały grzech świata. Jego kołatanie usłyszał Ojciec i przyjął ofiarę swojego Syna. Biedak zawołał a Pan go wysłuchał. Wysłużył nam miłosierdzie. To kołaczące serce Jezusa ubogacone jest wiarą i cierpieniem Maryi. Ona z czułą miłością towarzyszy Jezusowi w zbawczej ofierze. Patrzy Niepokalanym Sercem przebitym mieczem boleści na swojego Syna. Ma udział w Jego ekspiacji. Jezus stoi u drzwi Królestwa Bożego i u drzwi ludzkiego serca i kołacze jak żebrak. Przeżywamy wielkie dni Jego zbawczej Męki, Śmierci i Zmartwychwstania. Zbliża się do nas „kołacząca miłość”.

Święta Siostra Faustyna w Dzienniczku zapisała następujące słowa Pana Jezusa: Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im, czego pragną. /Dzienniczek1728/. Bóg na różne sposoby przemawia do człowieka i dobija się do jego serca. Czy można być aż tak zakręconym doczesnością i nie usłyszeć głosu, który wzywa? On nie przestaje czekać i nieustanie pukać do ludzkiej duszy. Oto stoję u drzwi i kołaczę. Bóg staje dziś u wrót świata i puka. Czy nie jest to głos wołającego na pustyni? Jakich jeszcze znaków potrzebujemy, aby wreszcie przez naszą posługę stać się orędownikami wezwania do nawrócenia i świadkami Bożego Miłosierdzia? Co musi się jeszcze wydarzyć, aby obudzić w nas gorliwość apostolską? Na co jeszcze czekamy i dlaczego zwlekamy z podjęciem walki duchowej i odrodzenia w sobie pierwszej gorliwości. Trzeba stać się apostołem kołaczącej miłości. Pragnę, ażeby kapłani głosili to wielkie Miłosierdzie moje względem dusz grzesznych. Niech się nie lęka zbliżyć do mnie grzesznik. Palą Mnie płomienie Miłosierdzia, które chcę wylać na dusze ludzkie. O, jaki Mi ból sprawiają, kiedy ich przyjąć nie chcą. Jestem miłością i miłosierdziem samym; nie masz nędzy, która by mogła się mierzyć z miłosierdziem Moim. – powie Pan Jezus św. Faustynie /Dzienniczek, 1074, 1273/.

Niedoskonałe i podszyte egoizmem pragnienie powrotu do ojca zrodziło się w sercu syna marnotrawnego. Ono rozpoczęło proces tęsknoty i otworzyło drogę dla skruchy i pojednania się z ojcem. Zakołatał do serca ojca swoją nędzą, ubrany w łachmany ludzkiego niedostatku. Ojciec z daleka zobaczył i usłyszał to wołanie o pomoc i wybiegł mu naprzeciw. Syn marnotrawny żebrał o ostatnie miejsce, przynależne sługom i nie oczekiwał tego, co potem tak naprawdę się stało. To bieda, której doświadczał zmusiła go do powrotu. A powrócił do domu jako kompletny bankrut. Wszystko roztrwonił a na dodatek zniesławił imię ojca. Bankrut stał przed obliczem miłości i żebrał o zmiłowanie. Musiał wszystko stracić, aby wszystko odzyskać, albo dopiero teraz to prawdziwie przyjąć już jako bezinteresowny dar. Wcześniej mógł żyć postawą roszczeniową, że wszystko mu się należy. A nawet uważał, że sam lepiej rozdysponuje majątkiem, który mu się należał. 

Pan Jezus dobrze wie, że człowiek sam z siebie nic uczynić nie może. Sam na Krzyżu doświadczył ludzkiej bezradności i odczuwał palące pragnienie. Był spragniony i prosił o wodę. Było to wołanie udręczonej duszy. Stał się podobny do nas – stał się bankrutem! Bóg, który jest cichy i pokorny prosi człowieka o pomoc. 

Człowiek w swojej pysze lęka się przyznać do bankructwa, ponieważ ulegając złudzeniu wszystko pragnie zawdzięczać tylko sobie. Zapomina, albo nawet woli nie pamiętać, że Miłość Boża jest pokorna i pragnie dawać się każdej duszy, nawet tej najbardziej zbrukanej grzechem. Prawda, że łatwiej być obdarowującym niż obdarowanym, czy jednak możemy dać innym coś, czego wcześniej nie otrzymaliśmy? Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał /1 Kor 4, 7 b-/. Inaczej grozi nam, że zamiast Boga będziemy dawać tylko siebie.

Przed nami czas, w którym zostaniemy obficie obdarowani przez kołaczącą Miłość przychodzącą w tajemnicy Krzyża. Kołacząca Miłość najskuteczniej udziela się bankrutom. Nie lękaj się przyznać przed sobą samym i przed Bogiem, że potrzebujesz pomocy i o nią wołaj: Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według serca Twego! Tylko bankrut może najpełniej przyjąć miłość lub pogrążyć się w smutku a nawet w rozpaczy. Właśnie jako bankruci, ale z ufnością, stawajmy przy Sercu Maryi i z odwagą prośmy o to, co po ludzku nam się nie należy: Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo a będzie uzdrowiona dusza moja.

Św. Faustyna, Apostołka Bożego Miłosierdzia zostawiła nam wyraźny przekaz. Bądźmy miłosierni, bo Jezus był miłosierny. Amen.

***

Ocalić miłość.

Konferencja na podstawie fali tematycznej.

Umiłowani w Chrystusie Panu. Uczestniczymy w naszym wielkopostnym dniu skupienia. W  środę popielcową usłyszeliśmy zaproszenie do praktykowania uczynków miłości: modlitwy czyli miłości Boga, postu a więc miłości siebie i jałmużny jako realizacji miłości bliźniego. Zawsze kiedy podejmujemy dobre postanowienia to przychodzi zły duch i zaczyna kusić nas do rezygnacji. Będzie mówił nam zawsze to samo: zejdź z krzyża, dlaczego masz w swojej codzienności cierpieć i poświęcać się dla innych. Jednak nie ma piękniejszej drogi życiowej niż droga miłości. Droga, którą proponuje Szatan to droga egoizmu. Zatrzymaj się na chwilę nad kolejną falą tematyczną pt.: „Ocalić miłość”.

Zawsze jest czas na miłość. Ona powinna rządzić egzystencją człowieka i wyznaczać standardy stylu życia. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem /J 13,24-25/ – powie Pan Jezus w Ewangelii św. Jana. A wypowiada te słowa w przededniu swojego odejścia z tego świata, które dokona się na drzewie krzyża. Miłość jest Jego testamentem i nowym przykazaniem, którym powinien żyć nowy człowiek. Jednak naturalne zasoby ludzkiej miłości dość szybko się wyczerpują i człowiek może zostać pozbawiony siły i zdolności kochania. Wciąż przemożną siłą pozostaje w nas egoizm, który tak łatwo i szybko może „zabetonować” serce i uczynić je niezdolnym do miłowania. Czy egoizm nie doprowadzi nas do zatwardziałości serca? Czy zasklepi je i uwięzi tak, że zepchnie nas w obszar obojętności i koncentracji tylko na sobie? Czy rzeczywiście jest czas na miłość? 

W jednym z ostatnich numerów „Gościa Niedzielnego” /41/2021/ ukazał się artykuł Franciszka Kucharczyka, zatytułowany „Ktoś bardzo potężny”. Autor ukazuje postać św. Maksymiliana Marii Kolbego i kontekst jego męczeństwa. Pisze: Ofiara Maksymiliana Kolbego była czymś tak niezwykłym i wstrząsającym, że sama świadomość jego czynu podniosła na duchu i dała siłę do życia wielu więźniom w pasiakach. Gdy zaś opadł pył wojennej pożogi, wieść o człowieku, który dobrowolnie poszedł na śmierć za innego, rozeszła się po całym świecie i zaczęła drążyć ludzkie umysły: jak możliwe, żeby ktoś oddał życie za innego, i to nieznanego człowieka? To była nieziemska odpowiedź na demoniczne zło, to był snop światła rzucony w najczarniejszą otchłań. To był czytelny komunikat od Boga: Człowieku, nie ma takiego miejsca i takiej sytuacji, w których nie mógłbyś kochać.

Święty Maksymilian w tym wręcz apokaliptycznym i przerażającym czasie ocalił miłość. Zdobył się na przebaczenie i ofiarowanie swojego życia. W swym sercu zachował i ochronił miłość w tak nieludzkim miejscu, jakim był obóz koncentracyjny. Jego miłość zapłonęła jak pochodnia w ciemności ludzkiej pogardy, nienawiści i przemocy. Ocalił miłość przez swoje życie i męczeństwo. Dziś podobnie żyjemy w niełatwym czasie pogardy dla tego co święte. W otaczającej nas rzeczywistości następuje przemyślany i świadomy demontaż wartości. Tak wyrachowanych prześladowań ludzi wiary, jak w ostatnich latach, jeszcze prawdopodobnie nie było. Obecnie jesteśmy także świadkami przerażających wydarzeń na Ukrainie i doświadczamy groźby globalnej wojny. Teraz, wobec nasilającego się zła, jest czas na miłość. Tylko ona może uratować świat przed zagładą. Ona najintensywniej przemawia do ludzkiego serca w czasach niepewności, zagubienia i zamętu.

Walka o miłość jest walką o człowieka i o pokój. Czym stanie się świat i nasze życie, gdy zabraknie miłości, objawionej w Chrystusie. Maryja, której jesteśmy oddani, pragnie ocalić miłość w naszych sercach a przez nas w świecie, a nawet – w tym zagmatwanym czasie – pogłębić ją, a nas uczynić jej świadkami. Ona nas nieustannie mobilizuje, aby z odwagą i podniesionym czołem wyjść i stanąć do walki o zbawienie swoje i innych. Czas jest krótki, a Miłość Chrystusa przynagla nas. Jednym ze skutków serca zabetonowanego przez egocentryzm jest brak gorliwości w służbie Bożej i brak zaangażowania. Sama pobożność nic nie znaczy, bez pałającego serca oraz bez zmobilizowania całego człowieka i jego wszystkich sił – jest pusta i faryzejska. Jedynie miłość jest twórcza. Egoizm natomiast przeciwstawia się miłości i jest bezpłodny, ponieważ unika ofiary. Egoizm nie może być motorem naszego postępowania, bowiem albo spycha do wygody życia, albo rzuca w wir aktywizmu, który wcześniej czy później rodzi pustkę. Egoizm jest bezpłodny, a miłość budzi gorliwość serca i angażuje całego człowieka. Obecny czas wymaga zdecydowanej determinacji, by wejść na drogę nawrócenia. Grozi nam gnuśność, lenistwo oraz bycie jedynie obserwatorem, może wzruszonym, ale ostatecznie biernym. Ewangelia wymaga ciągle nowej decyzji i opowiedzenia się po stronie Bożej miłości. Czas obecny jest szansą na nasze ponowne nawrócenie i wezwaniem do odważnego podjęcia drogi wiary i nadziei w komunii z Maryją. 

Tak bardzo pragniemy żyć w przestrzeni ludzkich zabezpieczeń i tylko w niej funkcjonować. Wiara jednak prowadzi nas niekiedy w ciemność, tam, gdzie system ludzkich zabezpieczeń po prostu nie działa. Przychodzi czas, kiedy trzeba z niego zrezygnować i wejść w swoistą mgłę, niepewność, gdzie ludzka kalkulacja nie daje już oparcia a prawdziwym światłem staje się ufność. Ks. Tadeusz Dajczer powie, że wiara wręcz zakłada ciemność. My zaś stawiamy na pierwszym miejscu komfort psychiczny i uważamy, że wiara powinna jemu służyć. Tymczasem dopiero w ciemności rozkwita autentyczna ufność i możliwe staje się wkroczenie na drogę zawierzenia. Doświadczenie ciemności może okazać się wyjątkowo pomocne i cenne dla życia duchowego. W ciemności człowiek najbardziej prawdziwie woła o pomoc. Wilfrid Stinissen napisał: Modlitwa o przymnożenie nam wiary, nadziei i miłości jest zawsze modlitwą wysłuchaną. Sprawiasz Bogu wielką radość, prosząc Go o to, czym pragnie obdarowywać dusze ponad wszystkoTrzeba powrócić do Boga. Odnowić wiarę! Zaufać, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany /Rz 5,5/ – czytamy w Liście do Rzymian i dalej: Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska /Rz 5,20/. 

Zło nie ma władzy nad miłością, jedynie może ją zranić lub ukrzyżować. Zło nie jest rzeczywistością nieskończoną. Nieskończony jest Bóg, który jest miłością, a miłość zawsze w końcu zwycięża. Czy jestem zaangażowany i gorliwy tak, jak domaga się tego ode mnie Boża Miłość? Egoizm zawsze jest bezpłodny, ponieważ unika ofiary a miłość jest życiodajna.

Maryja pragnie przez nas i naszą postawę oraz posługę ocalić miłość. Bóg potrzebuje naszego otwartego serca i naszych dłoni, aby leczyć rany serc złamanych i zranionych. Miłość Boża przyszła do nas w człowieczeństwie Chrystusa i przez nasze człowieczeństwo chce dalej ofiarowywać się i udzielać się światu. Maryja pod krzyżem nie tylko cierpi z Chrystusem. Ona jako pierwsza adoruje miłość, która zraniona włócznią, zrodzi miłosierdzie. Ma udział w tym rodzeniu przebaczenia, które jest owocem miłości Boga do człowieka. Zraniona miłość rodzi miłosierdzie. Żołnierz posługując się włócznią nie jest świadomy, że raniąc, przebijając bok Chrystusa, otwiera jednocześnie Źródło nieskończonego Bożego Miłosierdzia. 

Przez Maryję Miłość przyszła na świat. Na krzyżu miłość rodzi Miłosierdzie,
a Maryja – przez wiarę, ma w tym udział. Poranione Ciało Jezusa po ukrzyżowaniu i śmierci zostaje powierzone ramionom Maryi. Ona jako pierwsza dotyka ran swojego Syna i adoruje poranioną miłość rodzącą Miłosierdzie. Maryja jest jak miłosierny samarytanin, oliwą czułej matczynej miłości zalewa rany Chrystusa i je adoruje. W tych ranach jest ratunek i dobroć ofiarowana tym, którzy Miłość Bożą zranili swoim grzechem. Maryja adoruje rany, które ja zadałem Chrystusowi. Gdy w czasie Konsekracji Eucharystycznej jako kapłan bierzesz w swoje dłonie Ciało Chrystusa, proś Maryję, aby z tobą adorowała poranione Ciało Chrystusa, które ty sam zraniłeś. Proś Maryję, aby Ona Je z czułością dotykała, a ty krusz serce i wołaj o miłosierdzie. Eucharystia jest przecież owocem Krzyża.
To właśnie to drzewo zrodziło miłość Miłosierną. Maryja, przytulając ciało Chrystusa, w tym geście pochyla się nad naszymi poranieniami. Pomyślmy o obrazie Matki Bożej – powie Papież Franciszek w książce Ave Maria – to wyobrażenie tkliwości, która chroni, Jej policzek przy policzku Syna. Potrzebujemy Matki Bożej Czułej: to jest błogosławieństwo. Bez czułości nie można zrozumieć żadnej mamy, bez czułości nie można zrozumieć Maryi.

Wszystko zaczyna się zawsze od nas samych. Mamy pokornie uderzyć się w piersi i szczerze wypowiedzieć słowa – mea culpa, mea maxima culpa. Skrucha obok wiary i ufności jest najlepszym usposobieniem duszy stającej przed zranioną miłością Boga i proszącej o przebaczające miłosierdzie. Jak łatwo teraz za wszystko oskarżyć agresora atakującego Ukrainę i całe zło przerzucić na niego, a siebie usprawiedliwić łzami wzruszenia i dziełami wsparcia charytatywnego. A przecież w każdej Mszy Świętej wypowiadamy świadomie i permanentnie – mea culpa

Świadomość tej winy wynika z poznanej prawdy o swoim złu, które zostało odkupione zbawczą ofiarą Chrystusa. Nasze usprawiedliwienie jest w miłosierdziu. Miłość może zrozumieć i ocalić tylko dusza skruszona. Skruszeni członkowie Ruchu Rodzin Nazaretańskich powinni ocalić miłość najpierw w swoich sercach, chociaż ciągle są pokoleniem ludzi o twardym karku

Światło miłości Bożej jest wciąż jeszcze ukryte za zasłoną naszych słabości, naszej małej wiary, naszych braków miłości. Do tego wszystkiego potrzeba wielkiej cierpliwość i do samych siebie, i do innych, cierpliwości tak wielkiej jak ta Ducha Świętego – powie Franciszek w Ave Maria. Nasza Mama jest pełna łaski i jest naszą nadzieją. Ona jest ucieczką grzeszników. Ona może uczynić naszą posługę skuteczną. I w czasach zamętu ocalić nie tylko wiarę i nadzieję, ale przede wszystkim miłość. Papież Franciszek mówi dalej: Maryja zakrywa naszą nagość; mama jest jedyną osobą, która może zrozumieć dziecko, ponieważ zna je już od swojego łona, jako nagie, rodzi je jako nagie. Później Maryja przyjmuje Chrystusa nagiego u stóp krzyża i ponownie Go okrywa. Maryja jest dla nas błogosławieństwem, ponieważ jest matkąnaszej nagości: zło, grzech obnaża nas, Ona zawsze nas okrywa. 

Święta Siostra Faustyna modląc się za ojczyznę, usłyszała słowa Jezusa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeśli posłuszna będzie mojej woli, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” / Dz. 1732/ Iskra zawsze daje początek. Zapala ogień i rozbudza miłość. 

W praktykowaniu dobrych uczynków, które stanowią program życia chrześcijańskiego, nie jesteśmy sami. Zawsze możemy odwołać się do Maryi. Zawierzyć Jej nasze wielkopostne postanowienia, aby nie ulec pokusie zniechęcenia i obojętności. Amen.

***

Miłość Chrystusa przynagla nas (plik pdf – kliknij tu, fragmenty do rozmyślania – przewiń na dół strony, po tekście)

W Katechizmie Kościoła Katolickiego w punkcie 1879 czytamy: Miłość bliźniego jest nieodłączna od miłości Boga. Osoba ludzka potrzebuje życia społecznego. Nie jest ono dla niej czymś dodanym, lecz jest wymaganiem jej natury. Przez wymianę z innymi, wzajemną służbę
i dialog człowiek rozwija swoje możliwości; w ten sposób odpowiada na swoje powołanie

Katechizm wyraźnie nawiązuje do prawdy, którą znamy z doświadczenia i z Objawienia, że człowiek z samej natury jest powołany do życia we wspólnocie ludzkiej. Bez wspólnoty nie ma rozwoju i formacji. Każdy potrzebuje wspólnoty, aby móc zrealizować drogę powołania. Thomas Merton napisze, że nikt z nas nie jest samotną wyspą i nie jest w stanie odnaleźć siebie jedynie w sobie, ale musi odnajdywać się w innych i przez innych. Na mocy Sakramentu Chrztu Świętego jesteśmy ponadto wszczepieni nie tylko w Chrystusa, ale również we Wspólnotę Kościoła, który jest Jego Mistycznym Ciałem. Wspólnota i każda społeczność zgodnie z zamysłem Bożym ma przede wszystkim kierować się prawem miłości. Miłość – jak mówi katechizm w p.1889 – stanowi największe przykazanie społeczne /…/. Jest natchnieniem dla życia będącego darem z siebie. Nie należy izolować się od wspólnotowego wymiaru życia wybierając wygodną i modną dzisiaj mentalność singla, który usiłuje żyć wyłącznie dla siebie. Wspólnotę zazwyczaj wykorzystuje utylitarnie na tyle, na ile jest to wygodne i przynosi wymierny zysk. Ucieczka przed wspólnotą jest działaniem przeciw Bożym planom. Człowiekowi wspólnota jest bezwzględnie potrzebna, jak i on jest potrzebny wspólnocie. Nie jest ona czymś dodanym, lecz jest wymaganiem ludzkiej natury – jak mówi Katechizm. Człowiek jest darem dla wspólnoty i ona jest darem dla niego. Jest to bowiem relacja wzajemnego przenikania
i symbiozy. 

Wspólnota przede wszystkim pozwala zrealizować najgłębsze pragnienie: kochać i być kochanym. Człowiek we wspólnocie poznaje i doświadcza miłości, a wspólnota jest dla miłości swoistym poligonem. Staje się natchnieniem dla życia będącego darem z siebie – jak mówi KKK. Natomiast Papież Franciszek powie, że ten, kto został poruszony łaską Boga, nie może zamknąć się w sobie, ale zawsze powinien być w drodze, pobudzany do podążania naprzód wspólnie z innymi /do delegacji ekumenicznej z Finlandii, 17.01.2022/. Pan Jezus trzydzieści lat spędził w Nazarecie we wspólnocie Świętej Rodziny. Nie był to czas zmarnowany i bezwartościowy. Tu wzrastał w łasce u Boga i u ludzi /Łk 2,52/. Kształtował siebie i uczył się posłuszeństwa Ojcu Niebieskiemu poddany swoim ziemskim rodzicom. Ukochał ciszę, pokorę, pracę i proste życie we wspólnocie rodziny nazaretańskiej.

Współczesna mentalność nacechowana jest hedonizmem i nastawiona na używanie świata. Czy – z jednej strony – nie eliminuję z mojego życia pewnej samotności, która jest nieodzowna do budowania relacji z Bogiem? I samotność i życie wspólnotowe są konieczne w życiu duchowym. I z drugiej strony – czy wybierając tzw. wygodną samotność przed telewizorem lub internetem nie dewastuję relacji intymnej z Bogiem i nie ograniczam relacji ze wspólnotą, np. z rodziną?

Czy przyjęliśmy wspólnotę daną nam przez Boga? Czy każdego dnia przyjmujemy ją na nowo, ze świadomością, że wciąż za mało kochamy? 

W księdze modlitwy powszechnej znajduje się inspirujące wezwanie, które ostatnio stało się dla mnie źródłem refleksji: Niech wszyscy zranieni w miłości nie utracą zdolności kochania
i będą gotowi przebaczyć tym, którzy ich odrzucili, zdradzili, zawiedli i wykorzystali.
Współczesny człowiek i jego pokolenie jest pokoleniem poranionym. Epoka ludzi harmonijnych i scalonych – to pieśń przeszłości. My również jesteśmy poranieni. Sami potrzebujemy interwencji i pochylenia się nad nami Lekarza Jezusa Chrystusa. Kto wie, może właśnie ze względu na stopień naszych osobistych pokrzywień i poranień zostaliśmy oddani Matce Bożej i wezwani do życia z Nią w komunii? Bycie we wspólnocie oznacza, że będę raniony i sam będę ranił – to jest prawda, która jest konsekwencją zranieniu człowieka grzechem pierworodnym

Jesteśmy poranieni i z tego powodu w różnych okolicznościach życia sami tracimy zdolność do kochania. Zbyt łatwo pogrążamy się w zniechęceniu i obojętności. Jedynie Chrystus będąc raniony nie przestaje kochać. Odrzucony wraz z Maryją i Józefem przez zarządców gospody nie traci pragnienia, aby przyjść na świat w ubogiej stajence. Wzgardzony przez faryzeuszy i uczonych w piśmie wobec zgromadzonego prostego ludu wypowiada niezwykłe słowa modlitwy uwielbienia: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie byłoTwoje upodobanie /Mt 11,25/. Krzyżowany i dręczony na krzyżu modli się do Ojca za swoich oprawców: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią /Łk 23,34/. Miłość Chrystusa przynagla nas, abyśmy naśladowali naszego Mistrza w Miłości. Jak łatwo zranieni odrzucamy nadprzyrodzoną zdolność kochania, która ma swoje źródło jedynie w Bogu. Dominuje wtedy pragnienie życia dla siebie. Rezygnując z modlitwy i odstępując od komunii życia z Maryją wydajemy się w ręce własnych chorych namiętności i pożądań. Izolujemy się i wybieramy wygodny świat. Wznosimy parawan chroniący przed innymi i zranieniami z ich strony. Wobec innych możemy zachowywać się agresywnie i roszczeniowo. Selekcjonujemy i wybieramy tych, którzy nam sprzyjają i pomagają w spełnianiu naszych planów. Według tego klucza najczęściej dobieramy sobie przyjaciół. 

Czy dziękowałeś za ludzi postawionych na twojej drodze – przyjaznych i tych uciążliwych? Czy zraniony przez ludzi lub niepowodzenia nie chowasz się jak żółw w pancerzu i zamykasz w sobie?

Wchodząc w świat ludzkich poranień wchodzimy na teren zaminowany ludzkimi oczekiwaniami, nabrzmiałymi cierpieniem lub obojętnością. Lepszego jednak świata i czasu na nawrócenie oraz na miłość nie będzie. Miłość działa przez pokorę a czas jest krótki. Pan Jezus pyta Piotra nad jeziorem Genezaret: Czy miłujesz mnie? Pyta o to, co najważniejsze – pyta o miłość, ponieważ z miłości będziemy sądzeni. Czy nie utraciliśmy zdolności miłowania? Decydując się na głębszą relację z drugim człowiekiem tak naprawdę godzimy się na to, że będziemy ranieni i my sami będziemy ranić. Kto wkracza w życie małżeńskie i w rodzinne musi mieć świadomość, że życie codzienne przyniesie wiele zranień i to tych nawet nieświadomie dokonanych. Zgoda na miłość jest zgodą na zranienia. Miłość Chrystusa przynagla, aby nie wycofywać się z miłości doświadczając zranień. Pytanie Chrystusa można by sformułować nieco inaczej: Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie miłość na ziemi, gdy przyjdzie?/Łk 18,8/ 

*****************************

Fragmenty do rozmyślania:

I. Thomas Merton napisze, że nikt z nas nie jest samotną wyspą i nie jest w stanie odnaleźć siebie jedynie w sobie, ale musi odnajdywać się w innych i przez innych. Na mocy Sakramentu Chrztu Świętego jesteśmy ponadto wszczepieni nie tylko w Chrystusa, ale również we Wspólnotę Kościoła, który jest Jego Mistycznym Ciałem. Wspólnota i każda społeczność zgodnie z zamysłem Bożym ma przede wszystkim kierować się prawem miłości. 

Przykładowe pytanie: Jak wyraża się moja miłość we wspólnocie, do której należę?

II. Miłość stanowi największe przykazanie społeczne. Jest natchnieniem dla życia będącego darem z siebie. Nie należy izolować się od wspólnotowego wymiaru życia i usiłować żyć wyłącznie dla siebie, a wspólnotę wykorzystywać utylitarnie na tyle, na ile jest to wygodne i przynosi wymierny zysk. Ucieczka przed wspólnotą jest działaniem przeciw Bożym planom. Człowiekowi wspólnota jest bezwzględnie potrzebna, jak i on jest potrzebny wspólnocie. Nie jest ona czymś dodanym, lecz jest wymaganiem ludzkiej natury – jak mówi Katechizm. Człowiek jest darem dla wspólnoty i ona jest darem dla niego. Jest to bowiem relacja wzajemnego przenikania i symbiozy

Przykładowe pytania: Co dla mnie znaczy „życie będące darem z siebie”? Czy moje bycie we wspólnocie jest udzielaniem innym daru z siebie? Skoro wspólnota jest też darem Pana Boga dla mnie, konkretnie za co albo za kogo Panu Bogu dziękuję?

III. Wspólnota przede wszystkim pozwala zrealizować najgłębsze pragnienie: kochać i być kochanym. Człowiek we wspólnocie poznaje i doświadcza miłości, a wspólnota jest dla miłości swoistym poligonem. Staje się natchnieniem dla życia będącego darem z siebie. Natomiast Papież Franciszek powie, że ten, kto został poruszony łaską Boga, nie może zamknąć się w sobie, ale zawsze powinien być w drodze, pobudzany do podążania naprzód wspólnie z innymi. Pan Jezus trzydzieści lat spędził w Nazarecie we wspólnocie Świętej Rodziny. Nie był to czas zmarnowany i bezwartościowy. Tu wzrastał w łasce u Boga i u ludzi /Łk 2,52/. Kształtował siebie i uczył się posłuszeństwa Ojcu Niebieskiemu poddany swoim ziemskim rodzicom. Ukochał ciszę, pokorę, pracę i proste życie we wspólnocie rodziny nazaretańskiej.

Przykładowe pytania: Czy przyjmuję każdego dnia na nowo wspólnotę daną mi przez Boga? Czy mam świadomość, że wciąż za mało kocham? O co poproszę Maryję w związku z moją myślą?

IV. Współczesna mentalność jest nastawiona na używanie świata. Czy – z jednej strony – nie eliminuję z mojego życia pewnej samotności, która jest nieodzowna do budowania relacji z Bogiem? I samotność i życie wspólnotowe są konieczne w życiu duchowym. I z drugiej strony – czy wybierając tzw. wygodną samotność przed telewizorem lub internetem nie dewastuję relacji intymnej z Bogiem i nie ograniczam relacji ze wspólnotą, np. z rodziną?

Czy przyjąłem wspólnotę daną mi przez Boga? Czy każdego dnia przyjmuję ją na nowo, ze świadomością, że wciąż za mało kocham? 

V. W księdze modlitwy powszechnej znajduje się inspirujące wezwanie, które ostatnio stało się dla mnie źródłem refleksji: Niech wszyscy zranieni w miłości nie utracą zdolności kochania i będą gotowi przebaczyć tym, którzy ich odrzucili, zdradzili, zawiedli i wykorzystali. Współczesny człowiek i jego pokolenie jest pokoleniem poranionym. Epoka ludzi harmonijnych i scalonych – to pieśń przeszłości. My również jesteśmy poranieni. Sami potrzebujemy interwencji i pochylenia się nad nami Lekarza Jezusa Chrystusa.

Kto wie, może właśnie ze względu na stopień moich osobistych pokrzywień i poranień zostałam oddana Matce Bożej i wezwana do życia z Nią w komunii?